Studnia

Czy za karę, że nie wierzę w duszę, nie mam duszy?

Impossible

Brak komentarzy

Rzuciłam zapałkę.

Patrzę, jak rzeczywistość płonie.

Bogowie na dole, mrugnęliście.

Zaufaj mi.
Złożone dłonie, zamknięte oczy, krok w nicość.
Chwila strachu, bezwładny lot, szarpnięcie.
Wyciągnięte dłonie i spragnione usta rozpaczliwie pragnące odrobiny tego słodkiego spełnienia.
Spełnienia swoich marzeń, cudu, który im się objawił w tym nieoczekiwanym momencie.
Uwielbienie, pragnienie, potrzeba.
Siła.
Zaufaj mi.
To tylko marne odbicia. To tylko proch i pył, wygaszone popioły.
To tylko rozpaczliwy śmiech maskujący biedne, czarne stworzenie.
Zaufaj mi.
Tylko krok, jeden krok, dzieli nas od zapomnienia.
Jesteśmy tylko mrugnięciem.

Znaki. Wszędzie tam, gdzie ich być nie powinno. Tam, gdzie nie mają nawet prawa być.
Są. Uderzają z siłą, której pozazdrościliby nieśmiertelni tytani. Niespodziewanie, błyskawicznie, celnie.
Rozpacz śmieje się bezczelnie rozkładając szeroko ramiona. Przytula mocno, niczym wytęskniona kochanka.
Niech i tak będzie. Wytrzymam i to.
Cykl musi się zamknąć, koło musi być pełne.
Ta wiosna smakuje słodko i pachnie gorzko. Chwyta za serce grając swoją błogą melodię wspomnień.
I tylko chwilami nieco zbyt mocno zaciska dłoń w pięść.
Odrobinę. Tylko do utraty tchu.

„Nie wchodź łagodnie w tę pogodną noc. Niech płonie starość tuż przed kresem dni. Walcz, walcz gdy światło traci swoją moc.”
- Thomas Dylan

Skin.

Brak komentarzy

Przygniotła mnie ta wiosna.
Zapachem.
Ciepłem.
Wspomnieniami.
Słodko-gorzki smak wyrywa z letargu, zmusza do przetrwania.
Jestem.
Bogowie, czego więcej chcecie?

Wszędzie wokół szarość i cisza. Niebo zlewa się z ziemią, sypiący śnieg zamazuje wszelkie granice. Pustka przytłacza. Jedynym dźwiękiem jest oddech mimowolnie wypełniający i opuszczający płuca.

Zdolność poruszania się zanika. Paraliż jest nagły i kompletny, nie jestem w stanie zrobić kroku.

W porządku, to minie.

Chłonę otaczające mnie zimno, wpuszczam mróz głęboko. Wypełniam się szarością i spokojnym bezruchem.

Padający śnieg powoli przymarza do włosów, osiada na ramionach. Oddech zwalnia, ciało zaczyna drżeć po wysiłku.

Muszę już iść.

Wytężając wolę do nieznanych wcześniej granic robię krok. I kolejny. Coraz szybciej, szukam utraconego rytmu, wypatruję ścieżki.

Znajduję, jak zawsze.

Wiatr szarpie drzewa wygrywając szalone melodie, sen klei powieki. Ból promieniujący z przemęczonych mięśni przegrywa ze zmęczeniem i wyczerpaniem.

Sen odcina rzeczywistość czystym cięciem.

Jest dobrze.

Droga otwiera się szerokim pasem, ciągnie przez noc i niknie gdzieś w oddali. Kusi subtelnie obietnicą wolności, prędkości i zapomnienia.

Siedzę na masce auta, patrzę przed siebie. Mijają mnie rozpędzone auta, czasami ktoś zatrąbi, może popuka w czoło. W końcu to autostrada a nie postój. To jednak nie ma znaczenia.

Tak, czasami wychodzę wcześniej do pracy tylko po to, aby przyjechać tutaj. Do punktu, po przekroczeniu którego nie byłoby już odwrotu. Sączę zimną i obrzydliwą w smaku kawę szukając jakiegoś znaku. Widzę go za każdym razem. I za każdym razem tak samo go ignoruję. Powtarzam sobie, że tak trzeba. Tak będzie lepiej.

Dopijam kawę, pusty kubek ląduje gdzieś na poboczu – wybaczcie, ekoentuzjaści. I tak był papierowy, w końcu się rozpadnie. Wsiadam do auta, włączam się do ruchu. Zawracam na najbliższym zjeździe. Jadę do pracy, wracam do rzeczywistości.

Tego życia nigdy nie było. Mimo to codziennie dzieje się w mojej głowie.

Czerwone autobusy mają smak tęsknoty.

Brak komentarzy

“We are all broken—that’s how the light gets in.”
― Ernest Hemingway


  • RSS