Studnia

Czy za karę, że nie wierzę w duszę, nie mam duszy?

Znaki. Wszędzie tam, gdzie ich być nie powinno. Tam, gdzie nie mają nawet prawa być.
Są. Uderzają z siłą, której pozazdrościliby nieśmiertelni tytani. Niespodziewanie, błyskawicznie, celnie.
Rozpacz śmieje się bezczelnie rozkładając szeroko ramiona. Przytula mocno, niczym wytęskniona kochanka.
Niech i tak będzie. Wytrzymam i to.
Cykl musi się zamknąć, koło musi być pełne.
Ta wiosna smakuje słodko i pachnie gorzko. Chwyta za serce grając swoją błogą melodię wspomnień.
I tylko chwilami nieco zbyt mocno zaciska dłoń w pięść.
Odrobinę. Tylko do utraty tchu.

„Nie wchodź łagodnie w tę pogodną noc. Niech płonie starość tuż przed kresem dni. Walcz, walcz gdy światło traci swoją moc.”
- Thomas Dylan

Skin.

Brak komentarzy

Przygniotła mnie ta wiosna.
Zapachem.
Ciepłem.
Wspomnieniami.
Słodko-gorzki smak wyrywa z letargu, zmusza do przetrwania.
Jestem.
Bogowie, czego więcej chcecie?

Wszędzie wokół szarość i cisza. Niebo zlewa się z ziemią, sypiący śnieg zamazuje wszelkie granice. Pustka przytłacza. Jedynym dźwiękiem jest oddech mimowolnie wypełniający i opuszczający płuca.

Zdolność poruszania się zanika. Paraliż jest nagły i kompletny, nie jestem w stanie zrobić kroku.

W porządku, to minie.

Chłonę otaczające mnie zimno, wpuszczam mróz głęboko. Wypełniam się szarością i spokojnym bezruchem.

Padający śnieg powoli przymarza do włosów, osiada na ramionach. Oddech zwalnia, ciało zaczyna drżeć po wysiłku.

Muszę już iść.

Wytężając wolę do nieznanych wcześniej granic robię krok. I kolejny. Coraz szybciej, szukam utraconego rytmu, wypatruję ścieżki.

Znajduję, jak zawsze.

Wiatr szarpie drzewa wygrywając szalone melodie, sen klei powieki. Ból promieniujący z przemęczonych mięśni przegrywa ze zmęczeniem i wyczerpaniem.

Sen odcina rzeczywistość czystym cięciem.

Jest dobrze.

Droga otwiera się szerokim pasem, ciągnie przez noc i niknie gdzieś w oddali. Kusi subtelnie obietnicą wolności, prędkości i zapomnienia.

Siedzę na masce auta, patrzę przed siebie. Mijają mnie rozpędzone auta, czasami ktoś zatrąbi, może popuka w czoło. W końcu to autostrada a nie postój. To jednak nie ma znaczenia.

Tak, czasami wychodzę wcześniej do pracy tylko po to, aby przyjechać tutaj. Do punktu, po przekroczeniu którego nie byłoby już odwrotu. Sączę zimną i obrzydliwą w smaku kawę szukając jakiegoś znaku. Widzę go za każdym razem. I za każdym razem tak samo go ignoruję. Powtarzam sobie, że tak trzeba. Tak będzie lepiej.

Dopijam kawę, pusty kubek ląduje gdzieś na poboczu – wybaczcie, ekoentuzjaści. I tak był papierowy, w końcu się rozpadnie. Wsiadam do auta, włączam się do ruchu. Zawracam na najbliższym zjeździe. Jadę do pracy, wracam do rzeczywistości.

Tego życia nigdy nie było. Mimo to codziennie dzieje się w mojej głowie.

Czerwone autobusy mają smak tęsknoty.

Brak komentarzy

“We are all broken—that’s how the light gets in.”
― Ernest Hemingway

Jeszcze jeden krok.
Jeszcze jeden oddech.
Jeszcze jeden dzień.

Uda się.

No gravity.

1 komentarz


  • RSS